Polska nie jest krajem objętym wojną, a jej zaplecze biznesowe działa bez zakłóceń. Hotele, lotniska, centra konferencyjne i firmy eventowe sprawnie obsługują wydarzenia, a Warszawa pozostaje jednym z ważniejszych ośrodków biznesowych w regionie. Dane wskazują, że rynek spotkań się odbudowuje. Nie oznacza to jednak, że wszystkie segmenty MICE odrodziły się w równym stopniu. Przy dużych międzynarodowych realizacjach liczą się bowiem nie tylko infrastruktura, cena i jakość obsługi, ale także percepcja ryzyka. Polska funkcjonuje bezpiecznie i stabilnie, jednak część zagranicznych firm wciąż patrzy na region przez pryzmat wojny w Ukrainie.
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dobrze. Według danych GUS w 2025 roku w Polsce zorganizowano 7 tys. imprez masowych, które zgromadziły 30,7 mln uczestników. To o 1,9 proc. więcej wydarzeń i o 8,7 proc. więcej uczestników niż rok wcześniej. Ruch widać również w turystyce: w 2024 roku z obiektów noclegowych skorzystało 38,8 mln turystów, co przełożyło się na 97,6 mln noclegów. Te dane pokazują, że branża aktywnie działa. Międzynarodowy rynek MICE kieruje się jednak inną logiką niż turystyka indywidualna czy wydarzenia krajowe.
– Przy dużych wydarzeniach decyzja nigdy nie zapada z dnia na dzień. Kongres czy konferencja na kilka tysięcy osób to nie jest zwykła rezerwacja sali, tylko ogromna odpowiedzialność. Organizator musi mieć pewność, że miejsce, ludzie, logistyka i cały kraj są gotowe przyjąć gości. Polska jest bezpieczna i wszystko funkcjonuje bez zakłóceń, ale wiem z doświadczenia, że w głowach części zagranicznych klientów sama bliskość wojny potrafi uruchomić ostrożność. Czasem wystarczy jedna wątpliwość na etapie zarządu czy działu bezpieczeństwa, żeby wybrano inną destynację – mówi Andrzej Bartkowski, prezes MCC Mazurkas Conference Centre & Hotel.
Polska odzyskuje pozycję, ale nie każdy segment rośnie w tym samym tempie
Dane ICCA pokazują, że Polska umacnia swoją pozycję w segmencie międzynarodowych spotkań stowarzyszeń. W 2025 roku kraj zajął 18. miejsce na świecie, organizując 215 spotkań spełniających kryteria ICCA. To wynik lepszy niż w 2024 roku, kiedy odnotowano 191 takich wydarzeń. Jest to bardzo dobra wiadomość dla Polski, ale nie zamyka dyskusji o kondycji całego rynku MICE. Dla obiektów konferencyjnych równie ważne jak miejsce w rankingu jest to, jakie wydarzenia wracają: jak duże, jak długie, z jakim budżetem i z jakim udziałem zagranicznych klientów.
– Kiedyś organizowaliśmy wydarzenia na pięć czy sześć tysięcy osób i to były realizacje, które wprawiały w ruch cały hotelowy organizm. Dziś zapytania nadal się pojawiają, ale decyzji jest mniej, szczególnie przy największych projektach. Klienci korporacyjni stali się bardziej ostrożni. Czasem nie powiedzą wprost, że obawiają się Polski, ale wybiorą kierunek, który w ich organizacji nie wywoła żadnych dodatkowych pytań – podkreśla Andrzej Bartkowski.
Hotel konferencyjny żyje wydarzeniami
Ostrożność zagranicznych organizatorów szczególnie mocno odczuwają obiekty konferencyjne. Ich model opiera się nie tylko na sprzedaży pokoi, ale przede wszystkim na kongresach, konferencjach, bankietach, spotkaniach firmowych, galach i cateringu. Jedno duże wydarzenie angażuje wiele obszarów działalności: noclegi, gastronomię, obsługę sal, zaplecze techniczne, logistykę, transport, scenografię oraz pracę kuchni. Dlatego jeśli międzynarodowa firma rezygnuje z organizacji wydarzenia w Polsce, nie znika tylko jedna rezerwacja. Znika cały łańcuch usług i miejsc pracy, stanowiący podstawę funkcjonowania tego modelu biznesowego.
– Hotel konferencyjny nie żyje wyłącznie z pokoi. Oczywiście noclegi są ważne, ale w takim miejscu jak MCC Mazurkas sercem działalności są wydarzenia: kongresy, konferencje, bankiety, spotkania firmowe, gale i catering. To one uruchamiają cały hotelowy ekosystem. Kiedy odbywa się duży kongres, pracuje recepcja, kuchnia, technika, logistyka, obsługa sal i cały zespół odpowiedzialny za jakość realizacji. Jeśli największe międzynarodowe wydarzenia nie wracają w dawnej skali, odczuwa to nie jeden dział, ale cały hotel – mówi Andrzej Bartkowski.
Stawką jest nie tylko liczba wydarzeń, ale ich skala
Polska ma argumenty, żeby przyciągać międzynarodowe wydarzenia: dobre obiekty, konkurencyjne ceny, sprawną obsługę i doświadczenie. Niestety, przy największych kongresach sama oferta nie zawsze wystarcza. Liczy się także to, czy organizatorzy i ich zarządy czują pełne bezpieczeństwo wyboru danej destynacji.
– Mamy w Polsce bardzo dobre obiekty, świetnych ludzi i ogromne doświadczenie. Potrafimy organizować wydarzenia na poziomie, który z powodzeniem konkuruje z najlepszymi rynkami europejskimi. Ale dziś nie wystarczy już tylko dobrze przygotowana oferta. Trzeba jeszcze odbudowywać zaufanie i spokojnie pokazywać, że Polska nie jest „krajem sąsiadującym z wojną”, tylko bezpiecznym, profesjonalnym i atrakcyjnym miejscem dla kongresów oraz spotkań biznesowych. My tę gotowość mamy. Teraz trzeba sprawić, żeby zagraniczni organizatorzy znów widzieli ją bez wahania – wskazuje Andrzej Bartkowski.
Dla branży szczególnie ważne są największe, wielodniowe wydarzenia. To one dają pracę nie tylko hotelom, ale też firmom transportowym, agencjom eventowym, gastronomii, firmom obsługującym techniczną stronę wydarzeń, przewodnikom i lokalnym dostawcom. Pytanie nie brzmi już, czy wydarzenia wróciły. Wróciły. Teraz kluczowe jest to, czy Polska będzie przyciągać także te realizacje, które najmocniej budują pozycję kraju na mapie międzynarodowego MICE.
– Wydarzenie biznesowe zawsze opiera się na zaufaniu. Organizator powierza nam swoich gości, swoją markę i swój spokój. Musi wierzyć, że wszystko zadziała: miejsce, ludzie, obsługa, logistyka i atmosfera. Polska jest gotowa przyjmować największe wydarzenia. Teraz najważniejsze jest to, żeby świat biznesu znowu patrzył na nas nie przez pryzmat sytuacji geopolitycznej regionu, ale przez jakość, doświadczenie i profesjonalizm, które naprawdę nas wyróżniają – podsumowuje ekspert.

